Dopiero niedawno zdecydowałem, że jednak pójdę na ten koncert. Kupiłem bilet i czekałem na niedzielę. A gdy nadeszła wsiadłem do auta i podjechałem pod Arenę Sanok. Tak myślałem, że nie będzie gdzie zaparkować, więc zrobiłem jedno kółko po placu i podjechałem na osiedle, żeby tam zostawić auto. Za kilka minut byłem już pod Areną. Wchodząc do środka dało się zauważyć duży przekrój wiekowy fanów zespołu, począwszy od dziadków i babć, kończąc na małych dzieciach, które przyszły z rodzicami. Po spotkaniu ze znajomymi weszliśmy na płytę (mieliśmy przesiedzieć koncert na trybunach? Wolne żarty).
Jeszcze pół godziny zostało do planowanego rozpoczęcia. Przeczekaliśmy to zaraz przy scenie. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś Węgier, dał kartkę z polskim napisem mówiącym o urodzinach wokalisty Janosa Kobora. Dostaliśmy tez balony z napisem „Happy Birthday”, które przy pierwszym pojawieniu się wokalisty na scenie zostały rzucone w jego stronę. Nadeszła godzina 19:30 i… nic. W Polsce chyba jeszcze żaden koncert nie zaczął się punktualnie. Jakieś dziesięć minut później na scenę wszedł Mariusz. Nie wiem co to za Mariusz, ale pełnił rolę konferansjera i wodzireja. Potem krótkie przemówienie Pana Burmistrza i na scenę wszedł zespół supportujący – KSU.
Kilka jak zawsze dobrze zagranych kawałków pomieszali z melodyjnymi wersjami akustycznymi. Pod sceną wielkie pogo, ludzie wpadający na siebie ze wszystkich stron, głośno śpiewane teksty, czołgający się po scenie Siczka, wrzeszczący do stojącego obok mikrofonu perkusista. To wszystko bardzo dobrze rozgrzało publiczność, a przy ostatnim utworze „Jabol punk” pogo stało się jeszcze większe i „groźniejsze”. Gdy skończyli na scenę znowu wszedł Mariusz, a za nim burmistrz. Kilka słów chwalących „przyjaciół z KSU” wypowiedzianych przez Blecharczyka, zapowiedź gwiazdy i… zaczęło się!
Muzycy weszli na scenę, zaczęli grać coś w rodzaju „Extasy of gold” przy koncercie Metalliki. Po kilku niedługich minutach wszedł „Mecky”. Dziesiątki balonów poleciały na scenę, wielkie brawa prawie zagłuszyły muzykę, a gwizdom nie było końca. Zaczęli pierwszy utwór, którego nazwy nie znam. Zresztą nie potrafiłbym jej wymówić po węgiersku. Zielone lasery przebijały się przez zadymione powietrze, a dwa wielkie ekrany, na które kilku kamerzystów przesyłało obraz ze sceny rozbłysły wieloma barwami. Publiczność, szczególnie ta przy scenie nie była już tak rozbawiona. Powiedziałbym raczej, że zasłuchana. Niektórzy siedzieli przy bandach, niektórzy na środku zaraz przy scenie. Było raczej spokojnie, ale do czasu. Ciekawie wyglądał na początku gitarzysta György Molnár. Wystąpił w „czapce”, którą potem zmienił na kapelusz, ubrany cały na biało zadziwiał umiejętnościami. Grał niesamowite solówki, biegał po scenie (co prawda chyba go to męczyło, bo swoje lata już ma, ale dawał radę), kopał spadające w jego pobliżu balony i dał niesamowity pokaz szybkości palców. Solówki grane na plecach zrobiły na mnie wielkie wrażenie zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Facet po mimo swoich lat jest w niesamowitej formie. Tak samo jak klawiszowiec, który grał na dwóch keyboardach z taką pasją i takim oddaniem muzyce, że melodie, które grał były doskonałe. Czasami przed oczami widziałem Raya Manzarka z The Doors, który tak samo wstawiał bardzo długie solówki do utworów. Stałem i nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Klawiszowiec był tak zafascynowany muzyką, że jego zestaw trząsł się do rytmu jego szalejącej głowy i latających wszędzie siwych, dłuższych nieco włosów. Basista nie był może tak zafascynowany graną przez siebie muzyką jak Ci dwaj wyżej, ale równie dobrze posługiwał się instrumentem. „Mecky” mimo, że już ma kilkadziesiąt lat, skakał po scenie, pomagał Molnárowi w kopaniu balonów i nie oszczędzał gardła. Machał statywem na mikrofon we wszystkie strony, a jego wokal był tylko trochę „starszy” od tego, który da się słyszeć na płycie. Zespół w zestawieniu z pięknym laserowo-świetlnym show, około sześciotysięczną publicznością i muzyką robił piorunujące wrażenie. Byłem jak w transie. Stojące obok koleżanki stwierdziły, że jak dziecko, które cieszy się z głupiej zabawki, ale ja miałem to gdzieś. Wpatrywałem się w muzyków jak głupi, ale to był niesamowity koncert. Zespół skończył chyba gdzieś koło godziny 22:22 (nie powiem kto kazał mi spojrzeć na zegarek ), ale… Nie było ich największego hitu. Byłem pewny, że zagrają go na koniec, a tutaj nic. To była pierwsza oznaka, że bez bisu się nie obejdzie. No i rzeczywiście po chwili pod wpływem okrzyków i skandowania nazwy zespołu zabrzmiała „Gyöngyhajú lány”. Znowu lasery, znowu szalejące światła i znowu potężna dawka dobrej muzyki. Prawie wszyscy znali drugą część refrenu „Laaa-la, la la la la”. W domu jeszcze próbowałem się nauczyć węgierskiego tekstu, ale jakoś wyleciał mi z głowy przy tej piosence. Zakończyli z impetem, a tłum oszalał. Po chwili na scenę wjechał wielki tort, którego adresatem był oczywiście obchodzący 66 urodziny Mecky. Balony znów poleciały w jego stronę. Solenizant powiedział kilka słów podziękowań po węgiersku, trochę łamaną polszczyzną, trochę po angielsku. Dostał ogromne brawa. W publiczność poleciało jeszcze kilka pałeczek Ferenca (jedną prawie złapałem, niestety… prawie), zespół trzymając się za ramiona ukłonił się i na tym zakończyli.
Podsumowując… Byłem świadkiem wielkiego wydarzenia. Wielkie gwiazdy, z bardzo dobrą muzyką i niesamowitymi umiejętnościami. Zarówno KSU jak i Omega przekazały wiele radości grając swoją muzykę. Zachwyciły ludzi z całej Europy, bo wśród fanów było wiele narodowości (Niemcy, Węgrzy, Słowacy i wielu innych), ale przede wszystkim sanoczan i mnie. Nie zabrakło i śmiesznego akcentu, gdyż jeden z wielkich fanów (ale takich bardzo wielkich) cały czas próbował skusić moje koleżanki do tańca przy „Perłowowłosej”, a te bardzo tego nie chciały. W końcu dopadł jakąś Panią i był wniebowzięty, co okazał uklęknięciem i ucałowaniem ręki kobiety zaraz po zakończeniu piosenki. Cały czas będę miał w głowie świetnego gitarzystę i klawiszowca, oraz całe wielkie, kolorowe i szalone show jakie mogłem zobaczyć 17 maja 2009 na sanockiej „Arenie”. Jeśli ktoś będzie miał okazję ich jeszcze zobaczyć na żywo… nie ma co się zastanawiać! Let’s Get rock it!
Aby wystawiać komentarze na tej stronie, musisz być zalogowany. Zaloguj się lub kliknij tutaj , aby się zarejestrować.
Ja nie byłem na niczym ale rozmawiajac z ludzmi i czytajac wszystko w mediach to OFF zmiazdzyl zarowno niezaleznoscia jak i jakoscia wszystkiego. Gratki dla Rojka:)
No na dreadnoughts czeka juz pol Sanoka:P Ja byłem w sobote na Haydamaky (i nie tylko) w Ustrzykach:) Impreza byla fenomenalna a gwiazda dala taki popis KOZACKIEGO ROCKA ze hej:D Ja odliczam dni do Breakout!!